Monday, February 23, 2009

Przystanek gdzieś w drodze do Wanaka


Przerwa w podróży na krótki odpoczynek. Takich miejsc postojowo-piknikowych jest w NZ mnóstwo, zwłaszcza na trasach turystycznych. Tu był jednocześnie ciekawy widoczek z brzegu jeziora.

Gdyby tylko nie ten wiatr. Słońce prażyło ale bez czapki nie można było wytrzymać.

Mariusz potrójnie chroniony. Opaska od wiatru a kapelus zi okulary od słońca.

I jeszcze kilka widoków na trasie.

Lodowiec Franciszka Józefa



Kolejny przystanek. Lodowiec, tak wyspa południowa jest bardzo zróżnicowana pod względem krajobrazu, można wylegiwać się na prawie bezludnych plażach (to później na wschodnim wybrzeżu) i za kilkaset kilometrów stąpać po starym lodowcu. Są dwa, Franz Jozef i Fox Glacier. Widzieliśmy ten pierwszy, niestety tylko z daleka. Wycieczka po lodowcu z przewodnikiem nie była przeznaczona dla dzieci. Może następnym razem skorzystamy z jednej z wielu opcji dłuższych i krótszych wypraw. Można nawet przelecieć się helikopterem i powspinać się po lodzie. Oczywiście dostaje sie ciepłą odzież, buty a nawet skarpety.

Skały "naleśnikowe"


Obowiązkowy przystanek w Punakaiki aby zobaczyć Pancake Rocks, tzw skały naleśnikowe. Pogoda jak widać, ale zaczęliśmy już to ignorować. Jednie Tymek chciał wracać do samochodu, kiedy zaczynało mocniej wiać i padać.


Powyżej widać dokładniej warstwy z jakich zbudowane są skały, od czego właśnie ich nazwa.

Uwierzycie, że to lato

Schronienie na herbatkę. Mariuszowi podobało się to stare radio w kawiarni.

Nasze wakacje - początek.



Lekkie opóźnienie, ale byliśmy na długich wakacjach, prawie miesiąc od 17go stycznia do 12go lutego. Zaliczyliśmy wyspę południową Nowej Zelandii, czyli tę bardziej dziką i będącą częstszym celem turystycznym. Potem polecieliśmy do Brisbane odwiedzić Alberta, z tamtąd krótki wypad na Fiji. Działo się sporo, ale po kolei...

Promem przepłynęliśmy z Wellington do Picton i jeszcze tego samego dnia chceliśmy dotrzeć zachodnim wybrzeżem jak najdalej na południe. Powyżej krótki przystanek na przejście najdłuższym wiszącym mostem w NZ. Było wąsko i bardzo wysoko, Ja z Tymkiem baliśmy się najbardziej, Wiktor oczywiście nic sobie z tego nie robił. Pogoda jak widać, czyli niezbyt miłe powitanie i do tego wstrętne gryzące muszki. Jak się okazało później kontynacja ciągnęła się wzłuż całego zachodniego wybrzeża, i pogody i owadów.

Mariusz pozdrawia z Mostu Buller Gorge.


Dotarliśmy do Punakaiki i bodajże dwugodzinna przerwa w deszczu pozwoliła nam rozbić namiot. Pierwsze śniadanie w kuchni na kempingu.

Pod tą górą stał nasz namiot. Tu już spakowani i wyruszmy w dalszą drogę.

Wakacje w dobrym humorze.

Friday, January 16, 2009

Prawdziwa Weta na naszym oknie


Weta – zbiorcza nazwa nadawana ponad 70 gatunkom dużych owadów prostoskrzydłych. Są gatunkami reliktowymi (przetrwały w niezmienionej formie od niemal 200 milionów lat) i endemicznymi, występującymi jedynie na Nowej Zelandii. Nazwa pochodzi od maoryskich słów "wētā punga", oznaczających "bóstwo brzydoty".

Wety są dużymi owadami – największe gatunki, należące do rodzaju Deinacrida, osiągają długość 10 cm (wliczając czułki i odnóża, może ona przekraczać 30 cm) i ważą nawet 70 gramów.

Tymek pomaga


Tymek lubi myć ziemniaczki do obiadu. Czyż w tych spodniach i "ferdku" nie wygląda całkiem jak dziadek Edek? Brzuszek też ma podobny.

Nasza choinka i Wigilia






Friday, January 2, 2009

Po występie świątecznym u Wiktora




Tuż po występie. Dzieci z klasy Wiktora były reniferami. Były ubrane na czarno i miały własnoręcznie wykonane ozdoby na głowę.

Pomidor


Tak wyglądały miesiąc temu na parapecie. Obecnie wysadzone do gruntu, świetnie się przyjęły. Jednakże istnieją poważne obawy o ich przetrwanie jeśli w miarę szybko nie postaramy się o jakiś wiatrochron.

Wacky Wednesday


Oto przebranie Wiktora z okazji dnia psikusów w szkole. Można było robić różne zwariowane rzeczy.

Kolędy europejskie


Wieczór kolęd z różnych krajów Europy, który odbył się na muszli koncertowej w ogrodzie botanicznym. Powyżej reprezentacja Węgier. Poniżej Polacy, a raczej Polki. I oczywiście nie można było zaśpiewać wesoło, z werwą, energicznie. Jak zwykle pianie, drżące głosy babek kościelnych. Publika była spora, ludzie całymi rodzinami siedzieli na trawie, jak na pikniku. I pewnie sobie myśleli, co za przygnębiające smuty te polskie kolędy.
Grażyna po występach zwróciła uwagę, że przecież mogli zaśpiewać "Dzisiaj w Betlejem" albo "Przybieżeli..". Ależ one to śpiewały, tylko w stylu pogrzebowym i rzeczywiście można było nie skojarzyć, że to te wesołe kolędy.
Na deser był jeszcze występ zespołu ludowego. Jakieś oberki i kujawiaki, wesołe to było, nie przeczę. Tylko co ma piernik do wiatraka, tańce ludowe przy okazji Bożego Narodzenia? To dopiero ciekawe kolędowanie w tej Polsce: najpierw smuty, a potem wywijasy wokół choinki.



Kolędy z Walii. Stare babki dały niezłego czadu!

Na tarasie




Wycieczka po okolicy


Takie piesze wyprawy możemy urządzać prosto z domu.








Moja zdobycz kawałek kory. Powstaje z tego łódka.